Mamy za sobą kolejne
dni posiedzeń komisji do spraw wszelakich. I co? I nic.
Ujawniane są kolejne
szczegóły, a właściwie szczególiki, bo to co słyszymy to tylko michałki. Szczegóły
w dalszym ciągu są nieznane, albo nie podawane do wiadomości publicznej „ze
względu na dobro śledztwa”. W mojej ocenie, jeśli nawet coś konkretnego
wiadomo, to nie nadaje się to na materiał procesowy. To tylko domysły i
poszlaki.
W obowiązującym
porządku prawnym zbyt wiele nie można zrobić. Dlaczego? Popatrzmy kolejno na
reprywatyzację warszawską i pozostałe. W pozostałych jest cicho i głucho, a w
warszawskiej są pojedyncze sprawy, nagłośnione medialnie. Są pierwsze decyzje,
ale nie wiadomo jak wygląda ich wykonanie. Postanowienia komisji Jakiego
wstrzymują dotychczasową samowolę, ale co dalej? Tego nie wiemy. Jak daleko
cofnięte w czasie będą wcześniejsze decyzje Ratusza? I najważniejsze, kto za to
zapłaci? Jakie kary poniosą winni tego procederu i udziałowcy? O tym się nie
mówi.
Zanim
reprywatyzacji nadano rozgłos medialny, mówiło się, że tylko w Warszawie rzecz
dotyczy majątku o wartości rynkowej rzędu 40 mld zł i rozpatrzenia spraw
dotyczących około 40 tysięcy byłych właścicieli. W dalszym ciągu nie ma
czytelnych regulacji prawnych. To jest największy ból w tym wszystkim. Mniej
się o tym mówi, albo wcale, ale reprywatyzacja biegnie w dalszym ciągu i jest
to swego rodzaju wyścig. Kto zdąży?
W dalszym
ciągu brak albo pomysłu, albo woli politycznej. Pisałem wcześniej, że
uporządkowanie tych spraw powinno się zacząć od moratorium na obrót
nieruchomościami, ale to okazuje się niewykonalne.
Dotychczas pokazane
przypadki kamienicy przy ul. Poznańskiej 14 i inne, stawiają pytania bez
odpowiedzi. Kto pokryje koszty dewastacji budynków i mieszkań? Kto i w jaki
sposób zrekompensuje straty i cierpienia ludziom?
Jak
przyglądam się medialnym rozgrywkom to widzę tu jeden aspekt. Po ten majątek
wyciągają ręce najczęściej nie ich prawowici właściciele. To po pierwsze. Po
drugie,
w postępowaniu reprywatyzacyjnym pomijany jest aktualny stan prawno-majątkowy tych posiadłości /kamienic i gruntów/. Podawane są przykłady skali zadłużenia wg stanu
na 1 września 1939 roku, stopnia zniszczenia wg stanu na rok 1945.
w postępowaniu reprywatyzacyjnym pomijany jest aktualny stan prawno-majątkowy tych posiadłości /kamienic i gruntów/. Podawane są przykłady skali zadłużenia wg stanu
na 1 września 1939 roku, stopnia zniszczenia wg stanu na rok 1945.
Odbudowa
następowała ze środków państwowych. To też koszty. Pomijany całkowicie jest
fakt obowiązywania regulacji prawnych /kodeks Napoleona/ wg których mienie po
które przez 30 lat nikt z prawowitych właścicieli się nie zgłasza, przechodzi
na Skarb Państwa.
Jaka jest podstawa prawna do robienia wyjątków od tej zasady?
Wobec takich
problemów uprzątnięcie stajni Augiasza to mały pikuś.
Teraz parę
słów w związku z aferą Amber Gold. Problem zupełnie innej natury, ale
bezkarność i niewiedza ta sama.
Od ujawnienia
afery minęło 5 lat i na dobrą sprawę o szczegółach dalej niewiele albo nic nie
wiadomo.
Nie ma wątpliwości co do jednego. Mamy do czynienia ze strukturą mafijną
i to dość dobrze zakonspirowaną. Wystawiono do odstrzału dwa „słupy” i robi się
założenie graniczące z pewnością, że na tym sprawa się skończy. Tymczasem
kolejne przesłuchania przed komisją sejmową wskazują na możliwe związki ze sprawą kolejnych
osób publicznych. Trudność polega dzisiaj na weryfikacji zeznań dotyczących
roli służb specjalnych. Świadkowie zeznają, że protokoły zeznań były fałszowane,
a nagrania audio, czy wideo mogą być już zniszczone. Tak naprawdę praca komisji
sejmowej sprowadza się do weryfikacji materiału zgromadzonego dotychczas przez
prokuraturę.
Warto jednak zwrócić uwagę na zachowanie przed komisją niektórych
świadków. Jedni odmawiają składania wyjaśnień, drudzy zasłaniają się niepamięcią,
a jeszcze inni próbują zdyskredytować samą komisję. Wszyscy jednak czują się
bezkarni. Dlaczego? I to jest ta zagadka.
Jeżeli się przegląda
lokalną prasę archiwalną, a w niej artykuły tzw. dziennikarzy śledczych, to
wskazują oni na powiązania wzajemne między osobami piastującymi różne
stanowiska w strukturach administracji państwowej i samorządowej szczebla nie
tylko wojewódzkiego. Te nazwiska, w różnych konfiguracjach powtarzają się na
przestrzeni blisko 40 lat. Mówienie o układach mafijnych nie jest tu
bezpodstawne. Niektórzy artykułują to wprost, że wszystko jest kwestią ceny.
O samej
aferze AG w zasadzie nie dowiadujemy się niczego nowego. Z małymi przestojami
pisze się o niej od 2012 roku i dzisiaj najczęściej rzekome newsy są w
rzeczywistości odgrzewanymi kotletami. Brakuje odpowiedzi na zasadnicze
pytanie: kto za tym stoi? Coraz więcej poszlak wskazuje, że mogą to być ludzie
związani z byłymi, a może i obecnymi służbami specjalnymi. Są też opinie, że
mogą to być także obce służby.
Zagadką pozostaje
jeden z „słupów” Marcin Plichta vel Stefański. Przypomina się, że jego ojciec
był żołnierzem zawodowym /oficerem/ Zarządu II SG WP, czyli wywiadu wojskowego.
Jaki mógł mieć związek z „karierą” syna nie dowiemy się już, bo Zbigniew
Stefański od lat nie żyje. Marcin P. z powierzonej roli wywiązuje się wzorowo. Milczy.
Odsiedzi swój wyrok i będzie wiódł życie rentiera, albo … będzie robił kolejne
przekręty, bo to ma we krwi.
stary.piernik
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz